, ,

Albania - wspomnień cz.1


Lubię jesień - prawdziwą, polską, złotą jesień. Jednak to, co się dzieje za moim oknem w ogóle nie przypomina tej pięknej pory roku. I chociaż ostatnio termometr wskazywał nawet 10 stopni powyżej zera, a promienie słońca zdawały się zachęcać do ruszenia tyłka i wybrania się na długi spacer, to nieprzyjemny zimny (a wręcz niekiedy arktyczny) wiatr "pizgający" ze wszystkich świata stron utwierdza mnie w przekonaniu, że lepiej nie wystawiać nosa na zewnątrz.
Nie lubię takiej pogody i nie zamierzam walczyć z lodowatymi podmuchami wiatru starając się zachować pion, dlatego też postanowiłam powspominać stare, dobre, ciepłe czasy kiedy to przez myśl mi nawet nie przeszło by założyć długie spodnie, grube skarpety, bluzę, kurtkę, czapkę, szalik i rękawiczki.

Kiedy 3 lata temu szukaliśmy ciekawego, bezpiecznego i niedrogiego miejsca na wakacje, Albania nie należała do faworytów. Naczytaliśmy się o handlu bronią, bandziorach, dzieciach latających z Kałashnikov'ami po ulicach, kradzieżach i Bóg wie o czym jeszcze. Niby Europa, a jednak o Albanii pisano jak o Somalii albo innym kraju, w którym mordy i gwałty są na porządku dziennym niczym nieodzowny element kultury. Szaleństwo! Jednak któregoś wieczoru, zmęczeni przesytem niepochlebnych opinii o tym kraju zgodnie stwierdziliśmy, że to niemożliwe by było tam aż tak źle. Postanowiliśmy zaryzykować i wykupiliśmy wycieczkę (tj. przelot, transfer, zakwaterowanie wraz ze śniadaniami) do miejscowości Sarandë u jednego z bardziej znanych operatorów turystycznych. To była jedna z najlepszych decyzji w naszym życiu. Najgorszą była zaś decyzja o pozostawieniu lustrzanki w domu w obawie przed kradzieżą i robienie wszystkich zdjęć telefonem.... Brawo My.

PODRÓŻ

Nasza podróż do Albanii trwała łącznie 4h i nie była podróżą "bez przesiadkową". Pierwszym etapem był przelot z Warszawy na Korfu (Grecja), który trwał nie więcej niż 2h. Na lotnisku czekał na nas autobus, który zawiózł nas do portu na prom. W zależności od rodzaju statku, droga do Sarandy może trwać od godziny do trzech - nasza wyniosła na szczęście 1h. Na szczęście, ponieważ prom którym płynęliśmy należał do tych, które chce się jak najszybciej opuścić, tym bardziej, że podróżowaliśmy wieczorem więc i nie mieliśmy okazji nacieszyć się widokami.

W oczekiwaniu na prom do Sarandë

HOTEL I OKOLICE

Od samego początku wyszliśmy z założenia, że nie będziemy leżeć bezczynnie na plaży, tylko ruszymy tyłki i poznamy Albanię na tyle, na ile będzie to możliwe. Biorąc pod uwagę fakt, że oboje stronimy od miejsc głośnych, imprezowych i zatłoczonych, wybraliśmy mały hotel na uboczu (ok. 3km od centrum Sarandy) oferujący jedynie śniadania. To był strzał w 10. Cisza i spokój - tego nam było trzeba. Dodatkowo hotelik będący rodzinnym biznesem położony był na wzniesieniu, więc i codzienny spacer do / z Centrum pozytywnie wpływał na naszą kondycję (a raczej jej brak). 

Kawałek do centrum miasta mieliśmy, nie ukrywam...



Plaża znajdowała się w odległości 100m w linii prostej od hotelu, który jednak zadbał by goście hotelowi mieli zarezerwowane do południa leżaki. Z uwagi na fakt, że plaża w całej Sarandzie była kamienista, a średniej wielkości kamienie dosyć ostre, nie wskazane było leżenie bezpośrednio na nich. Dużo bezpieczniejsze było również pływanie w butach niż na boso. 

Późne popołudnia spędzaliśmy na plaży podziwiając piękne zachody słońca.




Sama plaża była zadbana (żadnych śmieci, petów i innych niespodzianek pozostawionych przez plażowiczów), a woda przezroczysta i czysta - spotkać można było nawet przechadzające się kraby. W związku ze sporym zasoleniem Morza Jońskiego na każdej plaży znajdowały się prysznice.



Plaża plażą, hotel hotelem - muszę się Wam przyznać, że zakochałam się w lokalnym pieczywie! A że przykładam dużą wagę do smaku chleba, to wiem co mówię. Naturalny, świeży, smaczny chleb, który mogłabym jeść jedynie z samym masłem a i tak byłabym wniebowzięta. Jeżeli chodzi o samą kuchnię to w Sarandzie można było zjeść wszystko: świeżutkie owoce morza, kuchnię grecką i włoską (pyszna pizza z pieca!), a także i niemiecką (tak, tak... smażone kiełbachy też były). Warto również wspomnieć, że będąc w Albanii nie można po prostu nie skosztować lokalnego piwa.



W kolejnej części opowiem Wam, co warto zobaczyć będąc w tym rejonie Albanii, dlatego też wypatrujcie kolejnego posta!



0 komentarze :

Prześlij komentarz