, ,

Oderwani od rzeczywistości...


Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią efektywnie zarządzać swoim dniem i czasem. Nie mam zielonego pojęcia jak oni to robią, że wstają skoro świt, jedzą pożywne śniadanie, pracują, gotują, chodzą na siłownię, buszują po sklepach albo po Internecie, spotykają się ze znajomymi i śpią 8h. Dla mnie to brzmi jak plan na cały tydzień, a oni to robią w jeden dzień!

Nie ukrywam, że zafascynowały mnie poniekąd porady lifestylowe, ale coraz częściej mam wrażenie, że Ci którzy je piszą albo żyją na innej planecie albo są całkowicie oderwani od rzeczywistości. Bez urazy - te wnioski nie są wyssane z palca. Baaa nawet próbowałam przeanalizować swój jeden dzień z życia i sprawdzić na własnej skórze czy mam szansę chociażby na 8 godzin snu. Chyba nie muszę pisać, do jakiego wniosku doszłam?

Mój standardowy plan dnia:

Od poniedziałku do piątku wstaję z uśmiechem na ustach o godzinie 05:40 rano witając się z dniem słowami "Dlaczego?" i "Za jakie grzechy?". Nigdy nie włączam drzemek i nie stosuję zasady "jeszcze tylko 5 minutek" - wystarczy, że moje ruchy o tej pogańskiej porze są i tak 3 razy wolniejsze. Kolejne minuty upływają mi na wizycie w łazience i myciu zębów, twarzy oraz prostowaniu włosów. Nie trwa to długo. W kuchni jestem przed 6tą. Robię małą kawę, którą od razu wypijam - by nie pokroić sobie palców przygotowując kanapki do pracy dla siebie i dla mojego Pana i Władcy. (Tak, tak... Jemy kanapki w pracy a nie fit lunch'e za 40zł). Ubieram się i doprowadzam do stanu, w jakim mogę się pokazać światu nie strasząc przy okazji napotkanych po drodze ludzi. Witam budzącego się Pana i Władcę, zakładam płaszcz i jak zwykle biegnę na autobus, który odjeżdża o 06:57 i na który zawsze zdążam (wypluwając sobie płuca w biegu, ale to już nieistotny szczegół).

Do pracy docieram o 07:50 i o ile nie wydarzy się nic nieoczekiwanego, co wymagać będzie pozostania w pracy trochę dłużej, wychodzę zazwyczaj o godzinie 16:00. Do domu wracam pociągiem by ominąć najgorsze korki, jakie spotyka się w Centrum. I chociaż teoretycznie ten środek transportu jest szybszy niż ten, którym jeżdżę o poranku to i tak do mieszkania docieram o 17tej. Nie tracąc ani chwili od razu razem z Panem i Władcą, który również pojawia się w mieszkaniu o tej porze, zabieramy się za gotowanie obiadokolacji. Może to Was zdziwi, ale przykładamy bardzo duże znaczenie do wspólnych posiłków, które w naszym mieszkanku uchodzą wręcz za świętość. Zanim wszystko przygotujemy, zjemy i pozmywamy naczynia wybija godzina 19:00.

Biorąc pod uwagę zalecenia moich lifestyle'owych mentorek powinnam spać 8h, a zatem mam jeszcze 3,5h w zanadrzu. Szaleństwo! Jako, że lubię rozmawiać ze swoim Panem postanawiam "zaprzepaścić" 1h na odpoczynek i byczenie się czy to przed telewizorem czy to czytając książkę albo po prostu na najnormalniejszej w świecie rozmowie. Wybija godzina 20. Przypominam sobie, że muszę jeszcze poprasować parę ubrań i przyszykować je na kolejny dzień. Nie jest to taki zły pomysł mając na uwadze fakt, że rano jestem na tyle nieprzytomna, że mogłabym założyć tył na przód, ubranie na lewą stronę albo skarpetki nie do pary. Najważniejsze jednak, że zakładam wszystko w poprawnej kolejności... Ale idźmy dalej. Widząc sadełko, jakie nagromadziłam na zimę, postanawiam poćwiczyć z 30min w domu wylewając z siebie siódme poty. Na siłownię mam za daleko i jestem zbyt leniwa by się gdziekolwiek wybierać o tej porze. Zresztą straciłabym niepotrzebnie czas na dotarcie i powrót ze Świątyni Testosteronu. W domu stoi i patrzy się na mnie z politowaniem orbitrek, mata do ćwiczeń i hantelki, czyli to co i tak powinno mi wystarczyć.

Mija 21:15, a mi do pełni szczęścia brakuje jeszcze gorącego prysznica, ale moment... Została mi jeszcze 1h by móc pospać sobie 8 godzin, a ja nie spotkałam się na kawce z koleżankami! Jak dla mnie awykonalne. Zanim wygramolę się z łazienki i tak będzie już ok. 22giej. A i tak będąc w domu "tracę" więcej czasu na rozmowy z moim Władcą niż początkowo planowałam. Zanim kładę się spać jest już po 23ciej (bliżej północy powiedziałabym nawet). Mimo najszczerszych chęci i starań nie udaje mi się spędzić dnia w taki sposób, w jaki początkowo planowałam. Nie udaje mi się nawet dostarczyć swojemu organizmowi 8 godzin snu, który jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania.

Strach pomyśleć co by było, gdybym miała jeszcze dzieci w wieku szkolnym. Moje 6h snu przepadłoby bezpowrotnie, a ja dziękowałabym Bogu za każdą minutę snu.

I teraz tak całkiem na serio... 

Drogie Panie, nie każdy ma ten przywilej budzenia się o 8mej, pracy z domu, jedzenia na mieście i spania po 8 godzin. Nie każdy prowadzi własny biznes będąc Panią/Panem swojego czasu. Oczywiście nikt tu też nie zamierza umniejszać Waszej pracy i temu, czym się zajmujecie. Wręcz przeciwnie. Podziwiam i zazdroszczę, że możecie prowadzić taki tryb życia, jaki prowadzicie, ale wierzcie mi... nie reprezentujecie nawet połowy społeczeństwa, które marzy by znaleźć w swoim zabieganym życiu chociaż 30 minut spokoju, 30 min tylko dla siebie. Niestety w dzisiejszych czasach musimy decydować na co chcemy przeznaczyć trudem wygospodarowany wolny czas. Czy spędzić go z najbliższymi czy być małym egoistą (co nie jest też czasem takie złe) i zrobić to, na co mamy żywnie ochotę.

Dlatego też proszę Was, Was wszystkich, speców od zarządzania czasem i życiem...

Obudźcie się, obudźcie i otwórzcie oczy.

0 komentarze :

Prześlij komentarz