, , ,

Przywiązanie do ludzi z pracy


Przeciętny człowiek spędza około 1/4 roku kalendarzowego w pracy. W 2015r. to aż 2016 godzin z 8760 - zakładając 8h tryb pracy. Biorąc pod uwagę fakt, że coraz częściej spędzamy w biurze 9h (wliczając godzinną przerwę na lunch) liczba ta wzrasta do 2268h rocznie, czyli ponad 94 dni...

Zakładając, że na sen przeznaczamy 6h dziennie (cóż za luksus!), czas który pozostaje nam na życie prywatne wynosi około 179 dni, a przynajmniej tyle powinniśmy go dla siebie mieć. Uwzględniając jednak trend poświęcania życia prywatnego na rzecz kariery, statystyki te wyglądają mniej optymistycznie.

Nic więc dziwnego, że osoby z którymi pracujemy odgrywają ważną rolę w naszym życiu. Wielu z Was stwierdzi pewnie, że należy znajdować balans między życiem prywatnym, a karierą, bo przecież praca to praca, a to co poza nią to inna para kaloszy. Ale czy jedno wyklucza drugie?

Osoby, które znają smak częstych podróży służbowych i życia na walizkach dokładnie wiedzą, że kolega lub koleżanka z biura staje się częścią Rodziny. Rodziny, z którą dzielimy nasze radości, smutki, żale i dodatkowo pracę. Przywiązujemy sie do Nich. To właśnie Ci ludzie mają ogromny wpływ na nasze samopoczucie i budują w nas poczucie przynależności do jakiejś grupy: ambitnych pracowników, hejterów PM'a, wazeliniarzy, loży szyderców, geeków i innych. To właśnie oni sprawiają, że mimo beznacziejnej sytuacji na projekcie czy też ogólnej depresji potrafimy się uśmiechać i wracać następnego dnia do krainy korposzczurów. 

Dlaczego o tym piszę?

Ponieważ pierwszy raz od dawien dawna poczułam, że jakaś cząstka mojego jestestwa przygasła i to dokładnie w momencie, gdy jeden z pozostałych trzech Honorowych Członków Loży Szyderców (do której byliśmy wspólnie zaliczani - oprócz bycia ambitnymi pracownikami) postanowił odejść i zmienić swoje życie na lepsze. Wprawdzie złożyliśmy oboje wypowiedzenia tego samego dnia, jednak nasze okresy wypowiedzeń się różniły, a to oznaczało, że z Trzech Muszkieterów na polu pozostaje póki co dwóch, bo jeden postanowił zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej. Może to kiepskie porównanie z historycznego punktu widzenia, aczkolwiek wydaje mi się ono dosyć dobrze odzwierciedlać zaistniałą sytuację. Na domiar złego B. aka J. wysłał nietuzinkowego farwell'a, który wywołał u mnie i mojej starszej Siostry lawinę łez. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że coś się kończy i że już nic nie będzie takie samo, a kolejne 2 miesiące spędzone w biurze nie będą należały do najłatwiejszych. 

I znów, ktoś mógłby powiedzieć, że przecież to tylko praca i zresztą zawsze można spotkać się "na kawie". Owszem, pod warunkiem, że ta osoba pozostaje w tym mieście i że jej odejście nie jest równoznaczne z przekroczeniem kilku granic... W końcu nie bez powodu wspomniałam, że J. zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej...


Niby to normalne, że ludzie przychodzą i odchodzą, ale uważam, że każda wyjątkowa osoba wnosi do naszego codziennego życia trochę magii w postaci swoich mądrości życiowych i powiedzeń, poczucia humoru, nawyków, inteligencji i doświadczenia życiowego, rozmów, sprzeczek i zaczepek oraz wielu innych aspektów, które doceniamy być może zbyt późno, a których tak nam będzie brakowało - bo właśnie wtedy doskwierać będzie nam samotność, pustka i uczucie, że jakaś cząstka nas właśnie umarła.



Jestem wdzieczna, że miałam przyjemność pracować z takimi ludźmi jak Juzek (przez "u" a nie "ó"!), Grzybek i Siostra, którzy stali się moim starszym rodzeństwem, którego nigdy nie miałam - takich ludzi szuka się ze świecą w ręku! Mam cichą nadzieję, że mimo upływu czasu nadal będziemy utrzymywać kontakt i z jeszcze większym uśmiechem na twarzy będziemy wspominali "stare, dobre czasy".


Życzę każdemu z Was byście na swojej drodze czy to zawodowej czy prywatnej spotkali takich ludzi, przy których każdy dzień był pełen uśmiechu, żartów i pozytywnej energii. Właśnie dzięki takim osobom "dziś jest lepiej niż było wczoraj, ale gorzej niż będzie jutro".




PS. Mam nadzieję, że mnie "nie zabijecie" za ten wpis... :)

0 komentarze :

Prześlij komentarz